Argentum, z łaciny srebro

Montevideo

od samego początku bardzo miło nas zaskoczyło. Widać, że to miasto skonstruowane jest… dla ludzi. Wjechaliśmy do stolicy Urugwaju od wschodu i przejechaliśmy bardzo malowniczym, ciągnącym się przez prawie 20km deptakiem nad brzegiem La Platy. Korzystając z okazji skosztowaliśmy również przepysznych tortas fritas.

Bez pośpiechu dojechaliśmy do portu a stamtąd do Libera. Tyle co zdążyliśmy ugościć naszego gospodarza tradycyjnym posiłkiem rowerzysty (ryż z soczewicą), ten już zaplanował nam wieczór, zabierając nas na wieczorną potańcówkę. W centrum Montevideo, w letnie środowe wieczory, starzy i młodzi przychodzą na jeden z placów aby… posłuchać muzyki, napić się wina wśród przyjaciół i… zatańczyć tango. Coś niesamowitego! 🙂

​Następnego dnia wybraliśmy się na spacer po mieście. Trafiliśmy na miejski targ. Tam po raz pierwszy zobaczyłam udekorowaną świątecznymi światełkami… palmę. Co kraj to obyczaj! 🙂 Kawałek dalej, zupełnie przez przypadek, trafiliśmy na wystawę sztuki współczesnej w EAC (Espacio de Arte Contemporáneo). Nie tyle sama ekspozycja zrobiła na nas wrażenie, co budynek. Muzeum mieści się bowiem w starym więzieniu dla kobiet.

Kolejny dzień również obfitował w niespodzianki​. Zostaliśmy zaproszni na​ spektakl przygotowany przez naszą znajomą. Anahí poznaliśmy kilka lat temu w Polsce. Tym razem mieliśmy okazję spędzić z nią troszkę więcej czasu. Nasza koleżanka tańczy flamenco niemal od dziecka, a od kilku lat prowadzi szkołę. Dzięki temu mogliśmy podziwialiśmy występ zarówno jej, jak i jej małych uczennic. Piękne, piękne, piękne!

Kiedy Anahí była zajęta przygotowaniami spędziliśmy chwilę z Diego, który opowiedział nam sporo o muzyce urugwajskiej. Sami posłuchajcie!

El Semillero

Anahí dała nam kontakt do swojego przyjaciela w El Semillero. Tak też dotarliśmy do malutkiego miasteczka położonego 25km od Colonia del Sacramento, na farmę, na której mieszka Nacho ze swoim tatą.

Tam spotkaliśmy Belen, stawiającą swoje pierwsze kroki na scenie, aktorkę. Wiecie, że (jeśli wierzyć przewodnikom) w Buenos Aires jest 2500 teatrów. Hymmm… sporo! Belen pochodzi ze stolicy Argentyny i to właśnie dzięki niej trafiliśmy na niesamowity koncert. Dwunastu chłopa na scenie: Colombian Combou. Ale były tańce!

Colonia del Sacremento

Miasto o niesamowicie urzekającej architekturze, w którym… troszkę brakuje życia. Przydałoby się tu jakieś wydarzenie kulturalne, chociaż kilku ulicznych grajków, aby ożywić klimat opuszczonych restauracji.

W Colonii wsiedliśmy na statek i tak dostaliśmy się na drugą stronę Río de la Plata. Nad ranem przywitała nas Argentyna.

Buenos Aires

Przeogromne miasto i jak to duże miasta bywa też dość niebezpieczne. Zmęczeni nocną podrożą i przyzwyczajeni do Urugwajskiej spokoju, beztrosko zostawiliśmy pojazdy na zewnątrz. No bo kto nam tam takie ciężkie rowery będzie chciał zawinąć?! Nie skończyliśmy jeszcze dobrze zamówić kawy a już właściciel baru dał nam znak, że ta frywolność może się skończyć nieprzyjemnie. Przy naszych jednośladach już kręciło się dwóch rzezimieszków. To doświadczenie nieco wytrąciło nas z letargu. W dużych miastach zawsze trzeba uważać!

Kawałek dalej odwiedziliśmy jedną chyba z najbardziej znanych dzielnic Buenos Aires: La Boca. Portowa dzielnica z charakterystyczną zabudową: niskie, kolorowe domki zbudowane często z blachy falistej. Z jednej strony ulica przeznakomitych barów, występów ulicznych, pokazów tango i barwnych kramików. Z drugiej strony, jeśli tylko wyjrzeć zza pstrokatych zabudowań, dookoła slamsy. Na rogu dwóch uliczek siedziała kobieta z dzieckiem i cicho acz stanowczo powiedziała do nas Allá no vayan! (Tam nie idźcie!). Było to dla nas jasny sygnał do odwrotu.

Najbardziej spodobała mi się dzielnica San Isidro. Wszędzie zielono, niskie białe domki i spokój. Tam też trafiliśmy na jarmark gdzie Michał zakupił ręcznie zdobioną tykwę. Myślę, że chętnie Wam opowie o naszych przygodach bardziej szczegółowo sącząc yerba mate.

Ja też znalazłam coś dla siebie. Nie trzeba było długo czekać bo tam gdzie jarmark tam też uliczne występy. Już nie po raz pierwszy klaun rozbawił mnie do łez swoimi sztuczkami. Uwielbiam! 🙂

Zatrzymaliśmy się u Martina i Lilianny, na obrzeżach Buenos Aires, w niezbyt popularnym wśród turystów miejscu, Lomas de Zamora. Do centrum mieliśmy kawałek. Za to rodzinną atmosferę mieliśmy na miejscu. Trójka wesołych szkrabów, dookoła hasające trzy kotki i dwa psy. I nie można pominąć niekończących się opowieści dziadka, taty naszego gospodarza. Czego chcieć więcej? 🙂

Martin niezwykle nam pomógł. Zorganizował nam nie tylko kartony na rowery ale także transport na lotnisko. We wtorek, 8 grudnia, o trzecij rano, spakowani, wyruszyliśmy w stronę Ezeizy.

Michał miał już wcześniej kupiony bilet powrotny. Ja potrzebowałam jeszcze chwilę aby zaplanować dalszą podróż. Koniec końców padło, że lecę na południe. Wyprzedane zostały bilety do Ushuaia. Tak więc trafiłam do El Calafate 🙂

Miasto na końcu świata odwiedzę chyba innym razem. Tymczasem spędzam czas w dobrych rękach, zbieram siły na dalszą podróż. Lodowca jeszcze nie widziałam ale już upiekłam ciasto marchewkowe 🙂 Kolejny przystanek: El Chaltén. Ale to dopiero jak wiatr osłabnie. Póki co głowę urywa i nie da się ustać z rowerem, co dopiero jechać. Przynajmniej po tej stronie gór nie pada. Aaa i wiecie co?! Andy są piękne! Pewnie powtórzę to jeszcze nie raz 🙂

ps. Internet na prawie końcu świata działa prawie doskonale. Gmail i fejsik ok 🙂 WordPress odmawia współpracy. Więc zdjęcia chyba innym razem 🙂

Reklamy

2 myśli w temacie “Argentum, z łaciny srebro

  1. Transatlantyk pisze:

    Piszesz 14 grudnia, a tu się już 2 stycznia następnego roku zrobił. Podobno jesteś (byłaś ) chwilę lub dłużej razem z miki150 i Janus. Zazdroszczę. Nie tyle tej Ameryki, bo teoretycznie jak bym tak bardzo chciał, to bym pojechał, ale towarzystwa. Baw się dobrze, ciesz się światem i jedź, jedź…

    Polubione przez 1 osoba

    • Kasia pisze:

      Niestety na południu Patagonii kiepsko z tym Internetem 🙂 Telefony też słabo działają 🙂 A statek… jak przypłynie to będzie 🙂 Trzeba się tu naprawdę wyluzować. Jest takie powiedzenie: Kto się śpieszy w Patagonii ten traci czas. I coś w tym jest 🙂

      Tak, udało się! Spotkaliśmy się z mikim i z Janus 🙂 Pięknie! Spędziliśmy wspólnie Sylwestra. Janus już dziś pojechała dalej na południe. Miki rusza jutra. Ja pomału zbieram siły, pewnie ruszę za kilka dni, dalej na północ.

      Dziękuję za dobre słowa i ściskam Transatlantyku! Do zobaczenia niebawem! 🙂

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s