Coyhaique, czyli miejsce, w którym się żyje

Przez te kilka ostatnich dni zdążyłam już odkryć, że podróżowanie w pojedynkę to jakiś inny wymiar. Nie jest ani łatwiej, ani trudniej. Jest inaczej. Właściwie to trudno o bycie samemu. Dookoła kręci się sporo różnych obieżyświatów. I jeśli tylko ma się ochotę, towarzystwo się znajdzie.

Znajomość hiszpańskiego naprawdę mi pomaga. Otwiera wiele drzwi. Napotkani ludzie, jeśli tylko ich zagadać, chętnie  rozmawiają, opowiadają. Czasem nawet sami się zatrzymają i zapytają czy wszystko dobrze.

Co prawda mój dzienny przebieg kilometrów diametralnie się obniżył. Ale nie samym pedałowaniem podróżuję 🙂

El Calafate

W Calafate spędziłam naprawdę miły czas. I w końcu, kiedy wiatr trochę zalżał udało nam się wybrać na lodowiec Perito Moreno. W towarzystwie pięciu przeuroczych dam odbyłam niezapomnianą wycieczkę. Warto było odwiedzić to przyciągające wielu turystów miejsce.

Następnie swoje rowerowe kroki skierowałam w stronę stolicy trekkingu, do El Chaltén.

El Chaltén, dymiąca góra

Tam trafiłam do domu-muzeum. Fitz Roy Madsen ugościł mnie w domu swojego przodka, Andreasa Madsena. Za pomoc przy remoncie mogłam zatrzymać się w miejscu, gdzie jeden z pierwszych założycieli zbudował swoje gospodarstwo. Niesamowite miejsce, pełne wielu historii, o których Roy, podczas wycieczki po muzeum, chętnie Wam powie.

El Chaltén to także wspinaczka: sportowa, tradycyjna i mnóstwo bulderów o przeróżnej skali trudności.. Każdy znajdzie coś dla siebie. Dlaczego ja nie wzięłam z sobą butów do wspinania?! Chyba już naprawdę nie było miejsca w sakwach 🙂 W przerwie między skrobaniem farby z drzwi, wybrałam się na jeden z trekingów: Loma del Pliegue Tumbado. Stamtąd rozpościerał się  zapierający dech w piersiach widok na: lodowiec, jezioro i Fitz Roy. Takie widoki. Magda Szy: to zdjęcie to z dedykacją dla Ciebie 😉

P1030965.JPG

Szczyt Fitz Roy, czyli  w języku Tehuelcze El Chaltén znaczy „dymiąca góra”.  Dlaczego dymiąca góra? Bardzo proste. Podobnie jak nasza Śnieżka dość często ukrywa się w chmurach. Ja trafiłam na bezchmurny moment.

Następnie odwiedziłam Casa de Ciclistas (dom rowerzystów), który prowadzi przeurocza Flor. Jak zwykle, jak to przy takich okazjach bywa,  mnóstwo miłych spotkań i ciekawych historii. Tam też spotkałam Pawła, z którym umówiłam się, że wspólnie podjedziemy do Vila o’Higgins, do Chile.

P1040034.JPG

Droga do Chile

Żeby dostać się z Argentyny do Chile trzeba najpierw dojechać na promu, żwirową drogą Potem pokonać rowerem szlak pieszy. I gotowe!(*) Ruszyliśmy z Pawłem późnym popołudniem, wiatr już dawał się nam we znaki. Ale mimo to trasa była bardzo przyjemna.

Ledwo dojechaliśmy do portu, okazało się, że Cesar rusza właśnie na wycieczkę z turystami. Wiele się nie namyślając wskoczyliśmy na statek, który właśnie miał oddawać cumy. Spędziliśmy wieczór z Diego i Cesarem na pogawędkach. A następnego dnia przepłynęliśmy Lago del Desierto.

Na drugim brzegu pieczątka wyjazdowa do paszportu i ruszamy. Już wiemy, że czeka nas prawdziwa przygoda! Sześć kilometrów pchania roweru pod górę, noszenia bagażu oraz przekraczanie strumyków. Prowadzi tędy bardzo urokliwy szlak. Chyba każdy sakwiarz o nim  marzy 🙂 Straszyli, że będzie ciężko. Nie było łatwo 🙂 Jednak mam za sobą już podobne doświadczenie. Nijak się to nie ma do trasy, którą kiedyś pokonaliśmy z Michałem na Ukrainie 🙂 Potem już było troszkę łatwiej. W Chile czekał na nas żwirek więc ostatnie kilometry udało się pokonać rowerem.

Do Candelario Mansilla dojechaliśmy we wtorek licząc na to, że prom będzie we środę. Nic z tego. Wiatr był zbyt silny. Czekaliśmy na kolejny prom aż do soboty. Więc oddając się takim czynnością jak łowienie ryb i rozpalanie ogniska spędziliśmy kilka następnych dni.

Wigilię spędziliśmy u Tito, jedynego chyba mieszkańca Candelario. Tito ma do wynajęcia kilka łóżek, można też u niego zamówić ciepłe jedzenie. No i przede wszystkim zakupić pyszne, ciepłe bułeczki! Ja, jak i większość ekipy, wybrałam miejsce pod namiot, za które Tito nie pobiera opłat. I jeszcze jedna rzecz, gdyby ktoś potrzebował, Tito oferuje transport z Argentyny de Candelario. Można wynająć konie, które przeniosą nas i nasze bagaże.

Następną wieczerzę przyszykowaliśmy już sami dzieląc się resztkami naszego zaopatrzenia. Dla nas wszystkich była to jedna z najpiękniejszych kolacji bożonarodzeniowych. Przed wyjazdem dostałam od kolegi bigos liofilizowany. Trzy miesiące jeździł ze mną w sakwie 🙂 Łukasz, dzięki! Wszystkim bardzo smakował 🙂

Podróż promem do Vila o’Higgins minęła bardzo szybko. Następnego dnia ruszyłam rześko przed siebie. Wreszcie długo wyczekiwana Carretera Austral. Bardzo się cieszyłam, że tu w końcu jestem. Moja radość byłaby pewnie jeszcze większa, gdyby okoliczne szczyty nie chowały się za chmurami.  Chociaż z drugiej strony, gdyby nie było tu tyle deszczu, to pewnie nie byłoby tak ładnie 🙂

W kroplach deszczu dojechałam do Rio Bravo gdzie spotkałam Martina z Czech. Kolega rowerzysta właśnie jedzie na południe.

Czekając na kolejny prom, który miał przypłynąć dopiero następnego dnia, próbując wysuszyć nasze mokre rzeczy wymieniliśmy się historiami. Opowiedziałam Martinowi co nieco o południu Patagonii, Martin za co to podzielił się swoim doświadczeniem z północy. Od Puerto Montt, 10 dni w deszczu. Zaczynam to już traktować jako wyczyn nie na moje siły. Podobno na północy Chile pada 🙂 Jak będę przynudzać o tym deszczu to dajcie znać 🙂 Zaczynam się zastanowić nad stopem.

Zagaduję na promie pana od pikapa czy nie podrzucił by mnie kolejnej wioski, do Cochrane. Bo tu hamulce niesprawne, zasięgu brak a mama na pewno się martwi 🙂 Okazuje się, że Pan Kierowca jedzie kawałeczek dalej. Tym samym dojeżdżam wciągu jednego dnia do Coyhaique.

Wreszcie Internet! Wreszcie mogę skontaktować się z moim znajomymi z forum, którzy na początku grudnia ruszyli z północy na południe Carreterą Austral. Trochę to trwało ale udało się nam umówić. Czekam na Jankę i Michała w Coychaique. Sylwestra spędzamy wspólnie. Bardzo mnie to spotkanie podniosło na duchu. Tym bardziej, że od początku stycznia znowu wyszło słońce! I jest bardzo przyjemnie. Na dniach ruszam dalej na północ.

Patagonia Dream Team.JPG

Tymczasem korzystając z okazji, pragnę złożyć najserdeczniejsze życzenia wszystkim Czytelnikom. Szczęśliwego Nowego Roku 2016! Samych pięknych podróży i dobrych ludzi na drodze 🙂

Reklamy

4 myśli w temacie “Coyhaique, czyli miejsce, w którym się żyje

  1. Elżbieta Sałaban pisze:

    Jak fajnie, ze znowu jest coś do poczytania! Nie daj się rozpuścić w tym deszczu, spróbuj między kroplami kręcić! Uściski gorące!!! Pociesz się – u nas, jak to dawniej bywało, zima nastała i mamy we Wrocławiu mróz i śnieg 🙂

    Polubienie

  2. Piotr pisze:

    Ehhh wracają wspomnienia… Przepiękna, dzika Patagonia. Byliśmy w tych samych miejscach, choć szczęśliwie mieliśmy lepszą pogodę:) Dzięki za relację i powodzenia w dalszej podróży, jeszcze „chwila” i będziesz tęsknić za deszczem i chłodem!:))

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s