Z Puno wzdłuż jeziora Titicaca

pędzę co sił w nogach bo jestem umówiona w stolicy Boliwii z Evi. Evi jest z Holandii a poznałyśmy się w Cuzco. Od słowa do słowa okazało się, że tak samo bardzo chciałyśmy spróbować naszych możliwości na Huayna Potosí. Z tym, że Evi z Cuzco do La Paz doleciała samolotem. Więc ja podkręcam troszkę prędkość rowerową 🙂

Rozstajemy się z Andreasem, który ma trochę więcej czasu niż ja. W jeden dzień pokonuję drogę z Puno do Copacabany. I tym samym wreszcie witam się z Boliwią!Trasa wzdłuż jeziora Titicaca jest przepiękna, niesamowicie malownicza. Jezioro to znajduje się na wysokości 3812 m n.p.m a dookoła góry.

Drugiego dnia wjeżdżam znowu na ponad 4000m npm, robię tylko 40km i czuję, że jestem wykończona. Wsiadam w autobus do El Alto (miasto będące częścią La Paz). Okazuje się, że jednak była to dobra decyzja. Krajobraz dalej jest mało ciekawy a ruch zdecydowanie się zwiększył.

Z El Alto do La Paz

Miało być z górki. Siedem kilometrów zrobiłam w trzy i pół godziny. Tyle czasu zajęło mi przebijanie się przez zatłoczone kompletnie i zakorkowane miasto. Nie wiem jak to się mogło stać. Chyba jakieś załamanie czasowe 🙂 W końcu, już o zmroku, dotarłam do hostelu, w którym czekała na mnie Evi.

Huayna Potosí 6088 m

Ponieważ nie mamy odpowiedniego przygotowania. Dopiero stawiamy pierwsze kroki na tych wysokościach decydujemy się z Evi na wynajęcie przewodnika. Agencji, które oferują wspinaczkę na Huayna Potosí jest mnóstwo, więc wybieram się na wycieczkę w celu zapozania się z ofertą. Gdyby przyszedł Wam do głowy równie szalony pomysł, nie wybierajcie proszę najtańszego biura. Może się okazać, że przewodnik np. nie zna do końca trasy 🙂 Ot co, boliwijskie standardy!

Wow! To jest chyba moja pierwsza w życiu wykupiona wycieczka! Wreszcie poczułam się jak prawdziwa turystka! Całą impreza ma trwać trzy dni więc liczę na to, że aklimatyzacja będzie wystarczająca 🙂

Pierwszego dnia docieramy z La Paz do schroniska położonego na 4700m  npm autobusem. Tam spotykamy naszego przewodnika i… Juli.

Juli leży w fotelu zakutana w śpiwór znanej marki z… Polski. Ależ jestem dumna, Niemcy kupują nasze produkty 🙂 Rafał B., to z dedykacją dla Ciebie. Cumulus jest tutaj, w Boliwii! 🙂 Aha, no i od Juli dowiedziałam się, że Polacy kradną auta. Niestety nie miała żadnego na tej wysokości 😉

P1040806

Zaraz po obiedzie idziemy na lodowiec poćwiczyć chodzenie w rakach, używanie czekanów i takie tam. Bawimy się z Evi przednio! 🙂 Aura nie sprzyja. Jest dość deszczowo. To dla mnie żadna nowość 🙂 Mamy spore obawy czy w ogóle będzie możliwe wejście na szczyt.

Drugiego dnia czeka nas spacer do kolejnego schroniska położonego na 5130m npm. Niestety po drodze Evi zaczyna się gorzej czuć. Trasę, którą mieliśmy pokonać w 2h w końcu udaje nam się przejść po 4h marszu. Jednak nie ma żartów z wysokością. Wygląda na to, że hektolitry wypitej przez mnie herbatki z liści koki i aspiryna działają bo nie odczuwam jeszcze żadnych niedogodności. Evi niestety zostaje w bazie. Przewodnik i ja ruszamy o 1.00 w nocy w kierunku szczytu. P1050002

Dzień trzeci (a właściwie środek nocy) startujemy uzbrojeni w raki, czekany i czołówki. Od tego momentu jesteśmy już związani liną.Kroczę za moim przewodnikiem. Próbuję dotrzymać mu kroku. Tak po prawdzie to średnio mi idzie. Do sprinterów to ja nigdy nie należałam 🙂 A teraz jest jeszcze trudniej, muszę często odpoczywać. Jest ciemno, dookoła nie wiele widać, wszędzie śnieg. Ale za to pogoda jest bardzo dobra. Nie jest zimno i jest bezwietrznie. Kiedy zatrzymuję się na chwilę żeby złapać oddech podziwiam gwiazdy na bezchmurnym niebie i… ciszę. Nie wiedziałam, że w górach może być tak spokojnie.

Wchodzimy na szczyt jeszcze przed wschodem słońca. Jestem na 6088m npm! Dociera to do mnie wraz z pierwszymi promieniami słońca i rozpościerającym się dookoła widokiem. Nie mam słów żeby go opisać. Krajobraz, który totalnie zapiera mi dech w piersiach.

Powrót  do schroniska jest równie piękny. Idziemy po śladach, po których weszliśmy. Teraz dopiero mogę nacieszyć się widokami trasy pokonanej przy świetle księżyca. Evi czuje się nie najgorzej więc od razu schodzimy na 4700m npm. Teraz to ja zaczynam wyglądać jak zombie. A Evi odzyskuje siły. Z pierwszego schroniska wracamy busikiem do La Paz. Padam na łóżko. Próbuję odzyskać siły przez następne trzy dni.

Z Boliwii do Brazylii

Tak mnie ta góra zaczarowała, że jakoś przestały mnie zupełnie interesować inne atrakcje turystyczne Boliwii. Decyduję się odpuścić Salar de Uyuni, Sucre i Potosi, czyli właściwie klasyk klasyków. Pewnie szkoda. Mam nadzieję, że będę miała kiedyś możliwość wrócić do Peru i Boliwii. Sporo jest tu jeszcze miejsc, które chciałabym odwiedzić. Na chwilę obecną potrzeba słońca okazuje się być silniejsza. Tym samym swoje kroki kieruje w stronę tropików.

Już w Cochabambie okazuje się, że jest przyjemniej. Natura zmienia się z każdym kilometrem. Znowu zaczyna być zielono i… płasko. Nawet Boliwijczycy sprawiają wrażenie jakby bardziej uśmiechniętych. Santa Cruz de la Sierra to już upały i tropikalne deszcze. Stamtąd łapie pociąg do Puerto Suarez. A właściwie to do Puerto Quijarro. Czemu ten pociąg nazywa się pociągiem śmierci to nie mam pojęcia. Może to jakiś chwyt marketingowy, może to kwestia torów. Wagoniki tak się gibały na boki, że miałam wrażenie, że wyskoczymy z szyn 🙂 640km w 17h – to się nazywa przygoda! 🙂

Na granicę boliwijsko-brazyliską docieram o poranku. Staję w kolejce, która zdążyła przybrać już słuszną długość. Jeszcze nie wiem co mnie czeka 🙂 Kolejka przesuwa się pomalutku do przodu dopiero po 7. kiedy to Panowie Strażnicy zaczęli sprawdzać dokumenty. Po 4h godzinach wydaje mi się, że przesunęliśmy się o 1/3 drogi. Potem idzie niby sprawniej. Ale okazuje się że po stronie brazylijskiej, również czeka mnie to samo. Po prawie 8h mam już obie pieczątki w paszporcie. Znowu jestem w Brazylii! Jakie to miłe uczucie być tu z powrotem! 🙂

P1050067

Z miejscowości Corumba jadę przez Pantanal w stronę Bonito. Mówią że jest tam ładnie 🙂 Dzisiaj spotkałam dwa węże. Poza tym licznik (nawet jeśli weźmiemy poprawkę, że jest z dyskontu) pokazywał jakaś szaloną temperaturę ponad 40 stopni. I wygląda na to, że wilgotność też jest spora. Moje loki schły 3h! 🙂 Przynajmniej nie mogę narzekać, że nie jest ciepło. Aha, i mam nadzieję, że w tym roku na Maratonie Podróżnika będzie przynajmniej tak samo gorąco jak w zeszłym roku! A zapisy właśnie ruszają…

Reklamy

2 thoughts on “

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s