Koniec!

Ta część podróży to już właściwie nie podróż rowerowa ale podróż z rowerem. Jestem już w Sao Paulo, rower w kartonie. Za chwilę wsiadam w samolot do domu. Co tu dużo mówić… wspaniały czas, cudowne miejsca i piękne spotkania. Już tęsknię 🙂

Foz de Iguazu, spadająca woda

W drodze do Bonito spotykam rowerzystów z Francji. Dominique et Michel podróżują na rowerach przez świat od 2011. Skorzystaliśmy z okazji żeby odpocząć od skwaru i pagórków, zjeść razem obiad i pogawędzić. Okazało się, że jakiś czas temu, w Ushuaia, poznali rowerzystę z Polski. Znasz Pierre’a? Szybko kalkuję jakich to ja kojarzę Piotrów sakwiarzy. Nie mogło być inaczej. W świecie podróżników Piotr to dość znana osobistość i inspiracja niejednej wyprawy 🙂

P1050117

No ale czas nagli a ja ciągle daleko od wodospadów. Wsiadam w autobus, były przygody ale w końcu Foz de Iguazu.

Zaraz po przyjeździe skierowałam swoje opony w stronę Casa de Ciclistas gdzie akurat odpoczywał brazylijski cyklista 🙂 Z Joao wybraliśmy się podziwiać wodospady. Mówili, że będzie ładnie. Było bardzo, bardzo ładnie!!!

Odwiedziłam tylko brazylijską część. Wszyscy opowiadają, że po stronie argentyńskiej jest jeszcze piękniej. Ja nie wiem jak może być jeszcze ładniej! 🙂 Może kiedyś będę miała możliwość porównać. Ach no i spotkałam podróżujących po Brazylii rodaków!

Ciudad de Este, Paragwaj

Jedną nogą odwiedziłam też Paragwaj. Tam też udało mi się wymienić pesos boliwianos. Ani w Corumbie ani w Foz de Iguazu nie znalazłam kantoru, w którym mogłabym wymienić Boliwijskie monety. Wszyscy kierowali mnie do Paragwaju 🙂 Był dodatkowy pretekst, żeby odwiedzić ostatni już na mojej trasie kraj. Nie mam stamtąd za dużo zdjęć bo jakoś tak wyjątkowo pogoda się zmieniła i cały, calutki dzień padało 🙂 Jak ktoś lubi robić zakupy, to na pewno mu się spodoba 🙂 A potem już szybki przeskok do byłej stolicy Brazylii.

Rio de Janeiro

Wyobraźcie sobie miasto, w którym… można pójść na plażę (właściwie jest ich tu kilka od bardziej zatłoczonych po mniej), popływać w zatoce lub po surfować w Atlantyku. Pożeglować w lagunie. Powspinać się tradycyjnie i na sportowo. Zapomnijcie o sztucznej ścianie bo pogoda pozwala tu na wpin przez cały rok 🙂 Pójść do lasu, też jest ich kilka. Lub do parku skąd rozpościera się widok na miasto. I to tylko kilka atrakcji 🙂 Miłośnicy sztuki też znajdą coś dla siebie 🙂 Z jednej strony drapacze chmur a drugiej dzielnice z typową portugalską zabudową i wąskimi uliczkami.

Miałam obawy, nasłuchałam się niejednej historii jak to tam jest niebezpiecznie. Pewnie jest. Z moje perspektywy nie bardziej niż w Berlinie, Paryżu czy Barcelonie nocą. Trzeba uważać i słuchać lokalsów, którzy wiedzą, w które miejsca się lepiej nie zapuszczać. Niemniej jednak jest to miasto, do którego bardzo chętnie bym wróciła na dłużej 🙂

Sao Paulo

Z powrotem, po 5 miesiącach podróży po Ameryce Południowej, dotarłam do Sao Paulo. Tym razem zatrzymałam się w hostelu. Za dach nad głową pracuję kilka godzin dziennie. Uczę się zrelaksowanego podejścia do pracy i ćwiczę mój portunol 🙂

Po ciężkim dniu pracy wybrałyśmy się z koleżanką z hostelu na wycieczkę do Guaruja. Anna jest z Francji. Wraz z chłopakiem z Argentyny, podróżuje po Ameryce Południowej. Na co dzień mieszka w Guajanie Francuskiej gdzie  uczy angielskiego. Ha, to się dopiero nazywa interkulturowość 🙂  Dzięki pomocy lokalnych surferów trafiłyśmy również na prawie bezludną plażę. Bardzo miło było chociaż przez chwilkę odpocząć od miejskiego zgiełku. Sao Paulo to bardzo głośne miasto 🙂

Podziękowania!

Dziękuję wszystkim, którzy dopingowali mnie w podróży i pilnowali, żeby aktualizować bloga 🙂 Rodzicom, że się (nie)martwili.  No i już tak nie zazdrośćcie tylko pakujcie plecaki, walizki, sakwy czy co tam macie i… w drogę! 🙂

P1050468

I na zakończenie…

Wesołych Świąt! Do zobaczenia już wkrótce! 😉

Reklamy

Z Puno wzdłuż jeziora Titicaca

pędzę co sił w nogach bo jestem umówiona w stolicy Boliwii z Evi. Evi jest z Holandii a poznałyśmy się w Cuzco. Od słowa do słowa okazało się, że tak samo bardzo chciałyśmy spróbować naszych możliwości na Huayna Potosí. Z tym, że Evi z Cuzco do La Paz doleciała samolotem. Więc ja podkręcam troszkę prędkość rowerową 🙂

Rozstajemy się z Andreasem, który ma trochę więcej czasu niż ja. W jeden dzień pokonuję drogę z Puno do Copacabany. I tym samym wreszcie witam się z Boliwią!Trasa wzdłuż jeziora Titicaca jest przepiękna, niesamowicie malownicza. Jezioro to znajduje się na wysokości 3812 m n.p.m a dookoła góry.

Drugiego dnia wjeżdżam znowu na ponad 4000m npm, robię tylko 40km i czuję, że jestem wykończona. Wsiadam w autobus do El Alto (miasto będące częścią La Paz). Okazuje się, że jednak była to dobra decyzja. Krajobraz dalej jest mało ciekawy a ruch zdecydowanie się zwiększył.

Z El Alto do La Paz

Miało być z górki. Siedem kilometrów zrobiłam w trzy i pół godziny. Tyle czasu zajęło mi przebijanie się przez zatłoczone kompletnie i zakorkowane miasto. Nie wiem jak to się mogło stać. Chyba jakieś załamanie czasowe 🙂 W końcu, już o zmroku, dotarłam do hostelu, w którym czekała na mnie Evi.

Huayna Potosí 6088 m

Ponieważ nie mamy odpowiedniego przygotowania. Dopiero stawiamy pierwsze kroki na tych wysokościach decydujemy się z Evi na wynajęcie przewodnika. Agencji, które oferują wspinaczkę na Huayna Potosí jest mnóstwo, więc wybieram się na wycieczkę w celu zapozania się z ofertą. Gdyby przyszedł Wam do głowy równie szalony pomysł, nie wybierajcie proszę najtańszego biura. Może się okazać, że przewodnik np. nie zna do końca trasy 🙂 Ot co, boliwijskie standardy!

Wow! To jest chyba moja pierwsza w życiu wykupiona wycieczka! Wreszcie poczułam się jak prawdziwa turystka! Całą impreza ma trwać trzy dni więc liczę na to, że aklimatyzacja będzie wystarczająca 🙂

Pierwszego dnia docieramy z La Paz do schroniska położonego na 4700m  npm autobusem. Tam spotykamy naszego przewodnika i… Juli.

Juli leży w fotelu zakutana w śpiwór znanej marki z… Polski. Ależ jestem dumna, Niemcy kupują nasze produkty 🙂 Rafał B., to z dedykacją dla Ciebie. Cumulus jest tutaj, w Boliwii! 🙂 Aha, no i od Juli dowiedziałam się, że Polacy kradną auta. Niestety nie miała żadnego na tej wysokości 😉

P1040806

Zaraz po obiedzie idziemy na lodowiec poćwiczyć chodzenie w rakach, używanie czekanów i takie tam. Bawimy się z Evi przednio! 🙂 Aura nie sprzyja. Jest dość deszczowo. To dla mnie żadna nowość 🙂 Mamy spore obawy czy w ogóle będzie możliwe wejście na szczyt.

Drugiego dnia czeka nas spacer do kolejnego schroniska położonego na 5130m npm. Niestety po drodze Evi zaczyna się gorzej czuć. Trasę, którą mieliśmy pokonać w 2h w końcu udaje nam się przejść po 4h marszu. Jednak nie ma żartów z wysokością. Wygląda na to, że hektolitry wypitej przez mnie herbatki z liści koki i aspiryna działają bo nie odczuwam jeszcze żadnych niedogodności. Evi niestety zostaje w bazie. Przewodnik i ja ruszamy o 1.00 w nocy w kierunku szczytu. P1050002

Dzień trzeci (a właściwie środek nocy) startujemy uzbrojeni w raki, czekany i czołówki. Od tego momentu jesteśmy już związani liną.Kroczę za moim przewodnikiem. Próbuję dotrzymać mu kroku. Tak po prawdzie to średnio mi idzie. Do sprinterów to ja nigdy nie należałam 🙂 A teraz jest jeszcze trudniej, muszę często odpoczywać. Jest ciemno, dookoła nie wiele widać, wszędzie śnieg. Ale za to pogoda jest bardzo dobra. Nie jest zimno i jest bezwietrznie. Kiedy zatrzymuję się na chwilę żeby złapać oddech podziwiam gwiazdy na bezchmurnym niebie i… ciszę. Nie wiedziałam, że w górach może być tak spokojnie.

Wchodzimy na szczyt jeszcze przed wschodem słońca. Jestem na 6088m npm! Dociera to do mnie wraz z pierwszymi promieniami słońca i rozpościerającym się dookoła widokiem. Nie mam słów żeby go opisać. Krajobraz, który totalnie zapiera mi dech w piersiach.

Powrót  do schroniska jest równie piękny. Idziemy po śladach, po których weszliśmy. Teraz dopiero mogę nacieszyć się widokami trasy pokonanej przy świetle księżyca. Evi czuje się nie najgorzej więc od razu schodzimy na 4700m npm. Teraz to ja zaczynam wyglądać jak zombie. A Evi odzyskuje siły. Z pierwszego schroniska wracamy busikiem do La Paz. Padam na łóżko. Próbuję odzyskać siły przez następne trzy dni.

Z Boliwii do Brazylii

Tak mnie ta góra zaczarowała, że jakoś przestały mnie zupełnie interesować inne atrakcje turystyczne Boliwii. Decyduję się odpuścić Salar de Uyuni, Sucre i Potosi, czyli właściwie klasyk klasyków. Pewnie szkoda. Mam nadzieję, że będę miała kiedyś możliwość wrócić do Peru i Boliwii. Sporo jest tu jeszcze miejsc, które chciałabym odwiedzić. Na chwilę obecną potrzeba słońca okazuje się być silniejsza. Tym samym swoje kroki kieruje w stronę tropików.

Już w Cochabambie okazuje się, że jest przyjemniej. Natura zmienia się z każdym kilometrem. Znowu zaczyna być zielono i… płasko. Nawet Boliwijczycy sprawiają wrażenie jakby bardziej uśmiechniętych. Santa Cruz de la Sierra to już upały i tropikalne deszcze. Stamtąd łapie pociąg do Puerto Suarez. A właściwie to do Puerto Quijarro. Czemu ten pociąg nazywa się pociągiem śmierci to nie mam pojęcia. Może to jakiś chwyt marketingowy, może to kwestia torów. Wagoniki tak się gibały na boki, że miałam wrażenie, że wyskoczymy z szyn 🙂 640km w 17h – to się nazywa przygoda! 🙂

Na granicę boliwijsko-brazyliską docieram o poranku. Staję w kolejce, która zdążyła przybrać już słuszną długość. Jeszcze nie wiem co mnie czeka 🙂 Kolejka przesuwa się pomalutku do przodu dopiero po 7. kiedy to Panowie Strażnicy zaczęli sprawdzać dokumenty. Po 4h godzinach wydaje mi się, że przesunęliśmy się o 1/3 drogi. Potem idzie niby sprawniej. Ale okazuje się że po stronie brazylijskiej, również czeka mnie to samo. Po prawie 8h mam już obie pieczątki w paszporcie. Znowu jestem w Brazylii! Jakie to miłe uczucie być tu z powrotem! 🙂

P1050067

Z miejscowości Corumba jadę przez Pantanal w stronę Bonito. Mówią że jest tam ładnie 🙂 Dzisiaj spotkałam dwa węże. Poza tym licznik (nawet jeśli weźmiemy poprawkę, że jest z dyskontu) pokazywał jakaś szaloną temperaturę ponad 40 stopni. I wygląda na to, że wilgotność też jest spora. Moje loki schły 3h! 🙂 Przynajmniej nie mogę narzekać, że nie jest ciepło. Aha, i mam nadzieję, że w tym roku na Maratonie Podróżnika będzie przynajmniej tak samo gorąco jak w zeszłym roku! A zapisy właśnie ruszają…

Z COYHAIQUE DO BARILOCHE

Po spotkaniu z Janus i Mikim oraz kilku dniach odpoczynku, ochoczo pedałuję dalej. Wreszcie doczekałam się słońca i Carretera Austral zachwyciła mnie swoim krajobrazem. Jeszcze bardziej malownicze okazują się drogi, które łączą Chile z Argentyną i Argentynę z Chile. Sporo szutrów i troszkę pagórków jednak widoki wynagradzają każdą niedogodność.

Z Coyhaique ruszyłam przez Futaleufu w stronę Esquel na kolejne spotkania rowerowe. Żegnam się na chwilę z Chile by znów wrócić do Argentyny. Tym razem chciałam zobaczyć się z Rafałem. Kim jest Rafał? Znajomy rowerzysta-gitarzysta, który od kilku lat podróżuje rowerem po świecie. A co najważniejsze… w 2012 roku Rafał w wraz z Michałem przejechał kawałek Afryki.

Udało nam się wpaść na siebie w Argentynie, w El Bolson. Wymieniliśmy się wrażeniami, doświadczeniami, historiami i ruszyliśmy dalej. Rafał na południe, ja na północ. Wracam z powrotem, przez Bariloche, do Chile. Jeszcze przez chwilę rozważam trasę de los Siete Lagos, każdy napotkany rowerzysta bardzo ją poleca. Jednak uciekam z Argentyny, za duży tu dla mnie ruch na tej trasie. Widocznie odzwyczaiłam się od ludzi i samochodów 🙂

I tak docieram do Paso Cardenal Samoré, znowu jestem na granicy agrentyńsko – chilijskiej. Niektóre przejścia graniczne, w okresie letnim, działają tu między 8.00 a 19.00. Co oznacza, że dostaję pieczątkę wyjazdową z Argentyny tuż przed jej zamknięciem, za mną prawie nie ma samochodów. Cudownie! Mknę 40km prawie samotnie po pięknym asfalcie. Widoki bardzo ładne! Czeka mnie wjazd na na 1314 m n.p.m a potem zjazd do chilijskiego przejścia granicznego. Na dole jest już Patricio, Pan Ciężarówka, z gotową kolacją: ryż z wołowinką, ale zwieńczenie dnia 🙂 Następnego dnia kierunek Osorno, znowu jestem w Chile.

PODRÓŻE AUTOBUSOWE

Troszkę czas mnie goni a jeszcze sporo atrakcji do zobaczenia. Odległości w Ameryce Południowej, przynajmniej w porównaniu do tych naszych, znanych mi, europejskich dystansów, są… nieporównywalne 🙂

Postanowiłam, że z Osorno chcę dotrzeć o Cuzco jak najszybciej będzie to możliwe. Niestety nie znalazłam żadnego połączenia samolotowego, które było by na moją kieszeń. Podobno w Chile są tanie połączenia, ja z Santiago do Chile do Cusco nie trafiłam na nic poniżej 2000pln. Dlatego zdecydowałam się na autobus. W Chile, nie tak jak w Argentynie, da się podróżować z rowerem. Trzeba dopłacić ale rower do jednopiętrowych autobusów zazwyczaj wchodzi. Prawie półtora tygodnie w podróży 🙂 Niezapomniane doświadczenie. Nawet sobie nie wyobrażacie z jaką radością wskoczyłam znowu na siodełko.

W Osorno wsiadłam w autobus do Santiago de Chile. W stolicy Chile ugościł mnie Joaquin, który podróżuje rowerowo ze swoim psem. Joaquin okazał się nie tylko bardzo miłym gospodarzem ale również doskonałym przewodnikiem. W dwa dni objechaliśmy rowerami Santiago. Bardzo mi się spodobało to miasto. Fakt, że duże i głośne (6-7 milionów mieszkańców) ale podobnie jak w Montevideo bardzo zielono. A na każdym rogu jakiś występ uliczny. No i targ La Vega… bajeczne miejsce 🙂

Dowiedziałam się, że w najbliższy weekend w Arice (północ Chile) odbywa się karnawał andyjski. Takiego wydarzenia nie mogłam przepuścić. Więc prędko pakuję się w kolejny autobus. To przecież jedyne 28h drogi stąd, myślę sobie dam radę 🙂 Ale żeby było weselej autokar się nam popsuł, potem był korek i zamiast 28h zrobiło się 32.5h. Jak to powiedział Miki: Czego się nie robi dla powodzenia wyprawy! 🙂 Krajobraz zmienił się totalnie. A przecież to ciągle Chile 🙂 Wreszcie docieram nad Pacyfik. I moczę paluszki w Oceanie. A już na następny dzień podziwiam tancerzy.

PERU

W Arice wsiadam na rower. Kieruję się w stronę przejścia granicznego. Już za chwilę kolejny kraj, już za chwilę Peru. Było troszkę pod górkę i troszkę upalnie a krajobrazy… sami zobaczcie. W końcu docieram do Tacny, moje pierwsze peruwiańskie miasteczko. Stamtąd znowu autobus. Tym razem do Cuzco. Machu Picchu już niedaleko 🙂

Na podróż autobusową zaopatrzyłam się w Mate de Coca. Herbatka z liści koki w termosie coś tam pomogła. Niestety wysokości w połączeniu z chorobą lokomocyjną daje mi się we znaki. Znowu przypominam sobie dlaczego wolę podróżować rowerem 🙂

MACHU PICCHU

Do Machu Picchu z Cuzco można się dostać na kilka sposobów: szlakiem Inków, pociągiem, można też na sam szczyt wjechać autobusem. Ja wybrałam opcję troszkę bardziej ekonomiczną: autobusem z Cuzco do miejscowości Hidroelectrica (6-7h). Stamtąd spacer wzdłuż torów kolejowych 2-3h do Aguas Calientes. Zakup biletu. Nocleg. Pobudka o 4. rano. Bo już o 5. rano trzeba się stawić przed główną bramą. I godzinka wchodzenia po schodach. O 6. rano byłam na szczycie. Deszczowo i mgliście jak można zobaczyć na zdjęciach ale warto było.

A stamtąd powtórka z rozrywki. Czyli godzina po schodach, spacer po torach i powrót busikiem do Cuzco. Następnego dnia leczyłam się z zakwasów w łydkach. Zdecydowanie nogi rowerzystki odwykły od spacerowania. Po powrocie trzeba będzie nad tym popracować 🙂

Z CUZCO NAD JEZIORO TITICACA

No i wreszcie z powrotem na rowerze. Żeby wyjechać z Cuzco potrzebna jest przynajmniej godzina. Na szczęście zebrałam się dość wcześnie więc udało mi się ominąć największy ruch uliczny. Najpierw z górki na pazurki a potem spokojne pedałowanie pod górkę. W końcu trzeba będzie wjechać na 4000 m.n.pm.

Trach, bach, rower wpadł mi do rowu. Nie pytajcie jak się to stało 🙂 Chyba jakieś czarne moce maczały w tym palce. Albo moja przytomność umysłu na tej wysokości, w połączeniu z wysiłkiem fizycznym, była mniejsza niż mi się wydawało. W każdym razie koło do centrowania. Trafiłam na mistrza i rower na następny dzień był już całkiem sprawny.

Z Sicuani jadę dalej. Trasa nie jest trudna jednak z prawie 3600m n.p.m. trzeba się wdrapać na ponad 4000m n.p.m. Na tej trasie wszyscy wiedzą, że trzeba uważać na rowerzystów 🙂

Spokojnie rozkładam siły. Co 100 metrów przewyższenia robię odpoczynek. Tak na 15min. Żeby troszkę się przyzwyczaić do wysokości. I w tym czasie dogania mnie Andreas z Austrii. Wybijam mu z głowy podjeżdżanie taksówką na przełęcz Abra la Raya. To już tak niedaleko, uda nam się dzisiaj na pewno. I już tradycyjnie bo w deszczu docieramy na 4338m n.p.m. Książku jeszcze nigdy nie była tak wysoko. Ale radość! 🙂

Abra la raya.JPG

A potem już przez Altiplano nad jezioro Titicaca. Boliwia tuż, tuż 🙂

Coyhaique, czyli miejsce, w którym się żyje

Przez te kilka ostatnich dni zdążyłam już odkryć, że podróżowanie w pojedynkę to jakiś inny wymiar. Nie jest ani łatwiej, ani trudniej. Jest inaczej. Właściwie to trudno o bycie samemu. Dookoła kręci się sporo różnych obieżyświatów. I jeśli tylko ma się ochotę, towarzystwo się znajdzie.

Znajomość hiszpańskiego naprawdę mi pomaga. Otwiera wiele drzwi. Napotkani ludzie, jeśli tylko ich zagadać, chętnie  rozmawiają, opowiadają. Czasem nawet sami się zatrzymają i zapytają czy wszystko dobrze.

Co prawda mój dzienny przebieg kilometrów diametralnie się obniżył. Ale nie samym pedałowaniem podróżuję 🙂

El Calafate

W Calafate spędziłam naprawdę miły czas. I w końcu, kiedy wiatr trochę zalżał udało nam się wybrać na lodowiec Perito Moreno. W towarzystwie pięciu przeuroczych dam odbyłam niezapomnianą wycieczkę. Warto było odwiedzić to przyciągające wielu turystów miejsce.

Następnie swoje rowerowe kroki skierowałam w stronę stolicy trekkingu, do El Chaltén.

El Chaltén, dymiąca góra

Tam trafiłam do domu-muzeum. Fitz Roy Madsen ugościł mnie w domu swojego przodka, Andreasa Madsena. Za pomoc przy remoncie mogłam zatrzymać się w miejscu, gdzie jeden z pierwszych założycieli zbudował swoje gospodarstwo. Niesamowite miejsce, pełne wielu historii, o których Roy, podczas wycieczki po muzeum, chętnie Wam powie.

El Chaltén to także wspinaczka: sportowa, tradycyjna i mnóstwo bulderów o przeróżnej skali trudności.. Każdy znajdzie coś dla siebie. Dlaczego ja nie wzięłam z sobą butów do wspinania?! Chyba już naprawdę nie było miejsca w sakwach 🙂 W przerwie między skrobaniem farby z drzwi, wybrałam się na jeden z trekingów: Loma del Pliegue Tumbado. Stamtąd rozpościerał się  zapierający dech w piersiach widok na: lodowiec, jezioro i Fitz Roy. Takie widoki. Magda Szy: to zdjęcie to z dedykacją dla Ciebie 😉

P1030965.JPG

Szczyt Fitz Roy, czyli  w języku Tehuelcze El Chaltén znaczy „dymiąca góra”.  Dlaczego dymiąca góra? Bardzo proste. Podobnie jak nasza Śnieżka dość często ukrywa się w chmurach. Ja trafiłam na bezchmurny moment.

Następnie odwiedziłam Casa de Ciclistas (dom rowerzystów), który prowadzi przeurocza Flor. Jak zwykle, jak to przy takich okazjach bywa,  mnóstwo miłych spotkań i ciekawych historii. Tam też spotkałam Pawła, z którym umówiłam się, że wspólnie podjedziemy do Vila o’Higgins, do Chile.

P1040034.JPG

Droga do Chile

Żeby dostać się z Argentyny do Chile trzeba najpierw dojechać na promu, żwirową drogą Potem pokonać rowerem szlak pieszy. I gotowe!(*) Ruszyliśmy z Pawłem późnym popołudniem, wiatr już dawał się nam we znaki. Ale mimo to trasa była bardzo przyjemna.

Ledwo dojechaliśmy do portu, okazało się, że Cesar rusza właśnie na wycieczkę z turystami. Wiele się nie namyślając wskoczyliśmy na statek, który właśnie miał oddawać cumy. Spędziliśmy wieczór z Diego i Cesarem na pogawędkach. A następnego dnia przepłynęliśmy Lago del Desierto.

Na drugim brzegu pieczątka wyjazdowa do paszportu i ruszamy. Już wiemy, że czeka nas prawdziwa przygoda! Sześć kilometrów pchania roweru pod górę, noszenia bagażu oraz przekraczanie strumyków. Prowadzi tędy bardzo urokliwy szlak. Chyba każdy sakwiarz o nim  marzy 🙂 Straszyli, że będzie ciężko. Nie było łatwo 🙂 Jednak mam za sobą już podobne doświadczenie. Nijak się to nie ma do trasy, którą kiedyś pokonaliśmy z Michałem na Ukrainie 🙂 Potem już było troszkę łatwiej. W Chile czekał na nas żwirek więc ostatnie kilometry udało się pokonać rowerem.

Do Candelario Mansilla dojechaliśmy we wtorek licząc na to, że prom będzie we środę. Nic z tego. Wiatr był zbyt silny. Czekaliśmy na kolejny prom aż do soboty. Więc oddając się takim czynnością jak łowienie ryb i rozpalanie ogniska spędziliśmy kilka następnych dni.

Wigilię spędziliśmy u Tito, jedynego chyba mieszkańca Candelario. Tito ma do wynajęcia kilka łóżek, można też u niego zamówić ciepłe jedzenie. No i przede wszystkim zakupić pyszne, ciepłe bułeczki! Ja, jak i większość ekipy, wybrałam miejsce pod namiot, za które Tito nie pobiera opłat. I jeszcze jedna rzecz, gdyby ktoś potrzebował, Tito oferuje transport z Argentyny de Candelario. Można wynająć konie, które przeniosą nas i nasze bagaże.

Następną wieczerzę przyszykowaliśmy już sami dzieląc się resztkami naszego zaopatrzenia. Dla nas wszystkich była to jedna z najpiękniejszych kolacji bożonarodzeniowych. Przed wyjazdem dostałam od kolegi bigos liofilizowany. Trzy miesiące jeździł ze mną w sakwie 🙂 Łukasz, dzięki! Wszystkim bardzo smakował 🙂

Podróż promem do Vila o’Higgins minęła bardzo szybko. Następnego dnia ruszyłam rześko przed siebie. Wreszcie długo wyczekiwana Carretera Austral. Bardzo się cieszyłam, że tu w końcu jestem. Moja radość byłaby pewnie jeszcze większa, gdyby okoliczne szczyty nie chowały się za chmurami.  Chociaż z drugiej strony, gdyby nie było tu tyle deszczu, to pewnie nie byłoby tak ładnie 🙂

W kroplach deszczu dojechałam do Rio Bravo gdzie spotkałam Martina z Czech. Kolega rowerzysta właśnie jedzie na południe.

Czekając na kolejny prom, który miał przypłynąć dopiero następnego dnia, próbując wysuszyć nasze mokre rzeczy wymieniliśmy się historiami. Opowiedziałam Martinowi co nieco o południu Patagonii, Martin za co to podzielił się swoim doświadczeniem z północy. Od Puerto Montt, 10 dni w deszczu. Zaczynam to już traktować jako wyczyn nie na moje siły. Podobno na północy Chile pada 🙂 Jak będę przynudzać o tym deszczu to dajcie znać 🙂 Zaczynam się zastanowić nad stopem.

Zagaduję na promie pana od pikapa czy nie podrzucił by mnie kolejnej wioski, do Cochrane. Bo tu hamulce niesprawne, zasięgu brak a mama na pewno się martwi 🙂 Okazuje się, że Pan Kierowca jedzie kawałeczek dalej. Tym samym dojeżdżam wciągu jednego dnia do Coyhaique.

Wreszcie Internet! Wreszcie mogę skontaktować się z moim znajomymi z forum, którzy na początku grudnia ruszyli z północy na południe Carreterą Austral. Trochę to trwało ale udało się nam umówić. Czekam na Jankę i Michała w Coychaique. Sylwestra spędzamy wspólnie. Bardzo mnie to spotkanie podniosło na duchu. Tym bardziej, że od początku stycznia znowu wyszło słońce! I jest bardzo przyjemnie. Na dniach ruszam dalej na północ.

Patagonia Dream Team.JPG

Tymczasem korzystając z okazji, pragnę złożyć najserdeczniejsze życzenia wszystkim Czytelnikom. Szczęśliwego Nowego Roku 2016! Samych pięknych podróży i dobrych ludzi na drodze 🙂

Argentum, z łaciny srebro

Montevideo

od samego początku bardzo miło nas zaskoczyło. Widać, że to miasto skonstruowane jest… dla ludzi. Wjechaliśmy do stolicy Urugwaju od wschodu i przejechaliśmy bardzo malowniczym, ciągnącym się przez prawie 20km deptakiem nad brzegiem La Platy. Korzystając z okazji skosztowaliśmy również przepysznych tortas fritas.

Bez pośpiechu dojechaliśmy do portu a stamtąd do Libera. Tyle co zdążyliśmy ugościć naszego gospodarza tradycyjnym posiłkiem rowerzysty (ryż z soczewicą), ten już zaplanował nam wieczór, zabierając nas na wieczorną potańcówkę. W centrum Montevideo, w letnie środowe wieczory, starzy i młodzi przychodzą na jeden z placów aby… posłuchać muzyki, napić się wina wśród przyjaciół i… zatańczyć tango. Coś niesamowitego! 🙂

​Następnego dnia wybraliśmy się na spacer po mieście. Trafiliśmy na miejski targ. Tam po raz pierwszy zobaczyłam udekorowaną świątecznymi światełkami… palmę. Co kraj to obyczaj! 🙂 Kawałek dalej, zupełnie przez przypadek, trafiliśmy na wystawę sztuki współczesnej w EAC (Espacio de Arte Contemporáneo). Nie tyle sama ekspozycja zrobiła na nas wrażenie, co budynek. Muzeum mieści się bowiem w starym więzieniu dla kobiet.

Kolejny dzień również obfitował w niespodzianki​. Zostaliśmy zaproszni na​ spektakl przygotowany przez naszą znajomą. Anahí poznaliśmy kilka lat temu w Polsce. Tym razem mieliśmy okazję spędzić z nią troszkę więcej czasu. Nasza koleżanka tańczy flamenco niemal od dziecka, a od kilku lat prowadzi szkołę. Dzięki temu mogliśmy podziwialiśmy występ zarówno jej, jak i jej małych uczennic. Piękne, piękne, piękne!

Kiedy Anahí była zajęta przygotowaniami spędziliśmy chwilę z Diego, który opowiedział nam sporo o muzyce urugwajskiej. Sami posłuchajcie!

El Semillero

Anahí dała nam kontakt do swojego przyjaciela w El Semillero. Tak też dotarliśmy do malutkiego miasteczka położonego 25km od Colonia del Sacramento, na farmę, na której mieszka Nacho ze swoim tatą.

Tam spotkaliśmy Belen, stawiającą swoje pierwsze kroki na scenie, aktorkę. Wiecie, że (jeśli wierzyć przewodnikom) w Buenos Aires jest 2500 teatrów. Hymmm… sporo! Belen pochodzi ze stolicy Argentyny i to właśnie dzięki niej trafiliśmy na niesamowity koncert. Dwunastu chłopa na scenie: Colombian Combou. Ale były tańce!

Colonia del Sacremento

Miasto o niesamowicie urzekającej architekturze, w którym… troszkę brakuje życia. Przydałoby się tu jakieś wydarzenie kulturalne, chociaż kilku ulicznych grajków, aby ożywić klimat opuszczonych restauracji.

W Colonii wsiedliśmy na statek i tak dostaliśmy się na drugą stronę Río de la Plata. Nad ranem przywitała nas Argentyna.

Buenos Aires

Przeogromne miasto i jak to duże miasta bywa też dość niebezpieczne. Zmęczeni nocną podrożą i przyzwyczajeni do Urugwajskiej spokoju, beztrosko zostawiliśmy pojazdy na zewnątrz. No bo kto nam tam takie ciężkie rowery będzie chciał zawinąć?! Nie skończyliśmy jeszcze dobrze zamówić kawy a już właściciel baru dał nam znak, że ta frywolność może się skończyć nieprzyjemnie. Przy naszych jednośladach już kręciło się dwóch rzezimieszków. To doświadczenie nieco wytrąciło nas z letargu. W dużych miastach zawsze trzeba uważać!

Kawałek dalej odwiedziliśmy jedną chyba z najbardziej znanych dzielnic Buenos Aires: La Boca. Portowa dzielnica z charakterystyczną zabudową: niskie, kolorowe domki zbudowane często z blachy falistej. Z jednej strony ulica przeznakomitych barów, występów ulicznych, pokazów tango i barwnych kramików. Z drugiej strony, jeśli tylko wyjrzeć zza pstrokatych zabudowań, dookoła slamsy. Na rogu dwóch uliczek siedziała kobieta z dzieckiem i cicho acz stanowczo powiedziała do nas Allá no vayan! (Tam nie idźcie!). Było to dla nas jasny sygnał do odwrotu.

Najbardziej spodobała mi się dzielnica San Isidro. Wszędzie zielono, niskie białe domki i spokój. Tam też trafiliśmy na jarmark gdzie Michał zakupił ręcznie zdobioną tykwę. Myślę, że chętnie Wam opowie o naszych przygodach bardziej szczegółowo sącząc yerba mate.

Ja też znalazłam coś dla siebie. Nie trzeba było długo czekać bo tam gdzie jarmark tam też uliczne występy. Już nie po raz pierwszy klaun rozbawił mnie do łez swoimi sztuczkami. Uwielbiam! 🙂

Zatrzymaliśmy się u Martina i Lilianny, na obrzeżach Buenos Aires, w niezbyt popularnym wśród turystów miejscu, Lomas de Zamora. Do centrum mieliśmy kawałek. Za to rodzinną atmosferę mieliśmy na miejscu. Trójka wesołych szkrabów, dookoła hasające trzy kotki i dwa psy. I nie można pominąć niekończących się opowieści dziadka, taty naszego gospodarza. Czego chcieć więcej? 🙂

Martin niezwykle nam pomógł. Zorganizował nam nie tylko kartony na rowery ale także transport na lotnisko. We wtorek, 8 grudnia, o trzecij rano, spakowani, wyruszyliśmy w stronę Ezeizy.

Michał miał już wcześniej kupiony bilet powrotny. Ja potrzebowałam jeszcze chwilę aby zaplanować dalszą podróż. Koniec końców padło, że lecę na południe. Wyprzedane zostały bilety do Ushuaia. Tak więc trafiłam do El Calafate 🙂

Miasto na końcu świata odwiedzę chyba innym razem. Tymczasem spędzam czas w dobrych rękach, zbieram siły na dalszą podróż. Lodowca jeszcze nie widziałam ale już upiekłam ciasto marchewkowe 🙂 Kolejny przystanek: El Chaltén. Ale to dopiero jak wiatr osłabnie. Póki co głowę urywa i nie da się ustać z rowerem, co dopiero jechać. Przynajmniej po tej stronie gór nie pada. Aaa i wiecie co?! Andy są piękne! Pewnie powtórzę to jeszcze nie raz 🙂

ps. Internet na prawie końcu świata działa prawie doskonale. Gmail i fejsik ok 🙂 WordPress odmawia współpracy. Więc zdjęcia chyba innym razem 🙂

Rowery w kartonach

Piękny czas spędziliśmy w Montevideo jak i w drodze do Buenos Aires ale opowiem o tym kiedy indziej 🙂 Tymczasem już zaraz opuszczamy stolicę Argentyny. Rowery w kartonach a my jedziemy na lotnisko. Michał wraca do Polski. A ja kontynuuję podróż. Lecę do El Calafate podziwiać lodowiec Perito Moreno

Urugwaj, czyli rzeka ptaków

Opuszczamy wyspę

Floripę opuszczamy tak jak ją przywitaliśmy, w deszczu. Na szczęście po tygodniu spędzonym z Fabi i Nelsonem, jesteśmy zregenerowani i pełni sił. Na nowo ruszamy ochoczo w nieznane.

P1030409

Przez chwilę zastanawiamy się czy dotarliśmy do właściwej Ameryki. Michał dostrzega na horyzoncie charakterystyczny posąg. Podjeżdżamy bliżej i faktycznie, nasze przypuszczenia okazują się słuszne.

P1030413

Naszą podróż kontynuujemy wzdłuż wybrzeża. Żadnych pagórków, nawet najmniejszych wzniesień dookoła rozległa przestrzeń a na horyzoncie od czasu do czasu konie i krowy. Michał bardzo dzielnie znosi trudności związane z płaskością terenu.

P1030420

Okazuje się, że o miejsce pod namiot co raz trudniej. Dookoła co raz mniej zabudowań a teren zazwyczaj otoczony jest drutem kolczastym. Rzadko spotykamy też ludzi. Dlatego korzystamy z okazji, i jeśli to możliwe, częściej niż wcześniej, staramy się znaleźć miejsce noclegowe u znajomych podróżników. Dzięki temu mamy szansę bliżej poznać Brazylijczyków i Brazylię. Niektóre z tych spotkań są tak miłe, że z trudem wsiadamy z powrotem na rower. Opowiadamy też o Polsce i zapraszamy do siebie. Giancarlo już w styczniu odwiedzi Michała we Wrocławiu. Szkoda, że mnie nie będzie.

Nowa obręcz

Rower, który złożył mi Michał przed wyprawą, działa naprawdę bez zarzutów. Zaledwie dwa razy łatałam dętkę a mamy już za sobą prawie 3000km. Wcześniej istniało podejrzenie, że coś z piastą ale… chyba sama się naprawiła 🙂 Trzeba przyznać, że póki co mój Wheeler, trzyma się bez zarzutów. Mam nadzieję, że tak pozostanie tak samo sprawny do końca wyprawy.

Za to rower Michała co rusz sprawia nam niespodzianki. Jak nie dętka, to opona, to… obręcz. Za Osório zjechaliśmy na 101-kę. Trasa prowadząca między morzem a laguną wydawała nam się dużo spokojniejsza niż główna 116. Faktycznie ruch jest tu znacznie mniejszy, za to więcej dziur na drodze.

I na tej właśnie trasie obręcz w rowerze Michała stwierdza, że ma już dość i dalej z nami nie jedzie. Nie zastanawiamy się długo. Michał staje po jednej stronie drogi, ja po drugiej, z wyciągniętym kciukiem łapiemy okazję. Przynajmniej nie pada 🙂 Chwilkę zajmuje za nim zatrzymuje się pikap, na którego ładujemy rowery i jedziemy do najbliższej miejscowości.

P1030480

Na miejscu Michał bierze się do pracy. Tym samym wprawia w nie lada zdumienie miejscowych, którzy podziwiają zręczność z jaką montuje nowe koło w rowerze. Dzielnie wspierają postępy. Oczywiście, by praca szła sprawniej, zaraz również znalazła się mate 🙂

P1030463

P1030476

Po tym krótkim incydencie wracamy z powrotem na trasę.

P1030477

Między oceanem a laguną

Przed nami około 300km do Rio Grande. Wiatr raz nam sprzyja, raz nie. Odkręca się w sposób nieprzewidywalny. Chociaż da się również zauważyć pewną prawidłowość. Przez następne kilometry, kiedy pada deszcz wiatr wieje w naszą stronę, a kiedy wychodzi słońce, w przeciwną. Tym samym udaje nam się pobić nasz dotychczasowy dzienny dystans w ilości przejechanych kilometrów. Bez specjalnego wysiłku, trasę z Mostardas do São José do Norte, czyli 180 km, pokonujemy w rekordowym czasie 9h. Spokojnie docieramy do Rio Grande, gdzie ugościł nas Filipe.

P1030501

Urugwaj, czyli rzeka ptaków

Prognoza pogody i perspektywa kolejnych 300km wśród sporego ruchu ciężarówek są dla nas wystarczająco zachęcające aby skorzystać z okazji, aby… wsiąść w autobus 🙂 Nadganiamy kilometry i przekraczamy granicę w miejscowości Chuy [czyt. czui]. Przed nami nowy, nieznany kraj, przed nami Urugwaj! Pierwsze wrażenie: jak tu miło i spokojnie. Ale też: jak tu drogo! W porównaniu do Brazylii… nie, nie ma porównania 🙂 Ochrzciliśmy Urugwaj, Szwajcarią Ameryki Południowej.

Już tradycyjnie, bo w kroplach deszczu, docieramy do Punta del Diablo (departament Rocha) 🙂 Zatrzymujemy się u Julio. Chyba pierwszy raz od wyjazdu z domu znaleźliśmy się w miejscu, gdzie naprawdę czujemy, że odpoczywamy. Cisza i spokój. Atmosfera tego miejsca bardzo sprzyja relaksowi.

P1030505

Na miejscu jest też Santiago i Paola, parę z Kolumbii. Przy ognisku rozmawiamy w… blasku księżyca. Od kiedy wyruszyliśmy z Kurytyby dopiero po raz drugi mamy okazję, aby cieszyć się bezchmurnym niebem. Nasi nowi znajomi od niedawna mieszkają w Montevideo, tam też umawiamy się na spacer po starówce.

Punta del Diablo con Julio

Tym razem w promieniach słonecznych (!) ruszamy dalej. Niemal za rogiem naszym oczom ukazuje się… samotna rowerzystka. Cindy jest ze Szwajcarii i od pewnego czasu podróżuje z Argentyny do Brazylii. To przypadkowe spotkanie naprawdę napawa mnie optymizmem.

Cindy Swisa.JPG

Urugwaj sprawia wrażenie otwartości i bezproblemowości. Wygląda, że jest tu całkiem miło i bezpiecznie. No i wreszcie towarzyszy nam słońce. Departament Rocha to wakacyjny kurort Urugwajczyków i, jak się również okazuje, Europejczyków. Przejeżdżamy przez prawie całkowicie wymarłe miasta. Sezon wakacyjny zaczyna się tu dopiero w okolicach stycznia. Dzięki temu korzystamy z niemal bezludnych plaż. Beztrosko kąpiemy się w morzu i zamiast na mahoń, robimy się na raki 🙂 A mama mówiła, smaruj się kremem 🙂

P1030531

Niestety, oprócz cen, Urugwaj jeszcze pod jednym względem przypomina Szwajcarię. Podobno rozbijanie namiotu nie jest tu do końca mile widziane. Początkowo jednak puszczamy tą informację mimo uszu. Jednak napotkani podróżnicy rowerowi szybko sprowadzają nas na ziemię. Fernando y Gilles opowiadają nam jak to dzień wcześniej zastali obudzeni o 3 rano przez strzegącą porządku władzę, pouczeni i poproszeni o opuszczenie miejsce noclegowego. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, dzięki temu chłopcy podziwiali wschód słońca w Punta del Este (departament Maldonado).

My akurat tą miejscowość mijamy w pośpiechu. Z daleka Punta del Este prezentuje się tak:

P1030553

Chociaż pomysłowość architektoniczna robi na nas wrażenie. Pierwszy raz w życiu widziałam most w kształcie sinusoidy.

P1030548

Ale w tak dużym mieście, każdy znajdzie coś dla siebie. My napotykamy na pierwszą otwartą budkę z lokalnymi przysmakami. Próbujemy tortas fritas. Pychota!

P1030549

I chociaż sami w to nie wierzymy, w dalszym ciągu cieszymy się słońcem. Mam nadzieję, że u Was nie jeszcze strasznie zimno? 🙂

P1030561

Costa de Oro

Docieramy do zaginionego miasta: Atlántida (departament Canelones) gdzie zatrzymujemy się na kawkę z widokiem na morzem. Całkiem tu przyjemnie 🙂

W końcu dojeżdżamy do Montevideo. Czeka tam na nas mnóstwo niespodzianek. Ale o tym następnym razem. Dzisiaj ruszamy w stronę Colonia del Sacramento i Buenos Aires 🙂