Żegnamy Florianópolis

Tydzień zajęło naszym indywidualnościom dojście do konsensusu 🙂 Spędziliśmy wspaniały czas w domu Fabi i Neslona. Pogoda zdecydowanie się poprawiła. Ruszamy dalej na rowerach wybrzeżem, na południe. Przed nami Rio Grande do Sul, a potem Urugwaj i Argentyna!

Michał z początkiem grudnia wraca do domu z Buenos Aires.

plan

Reklamy

Kraina deszczowców

No, chociaż na chwilę w yszło słońce :)

No, chociaż na chwilę wyszło słońce 🙂 Balneário Camboriú

Pomału zamieniamy się w żaby

I oto jesteśmy w Ameryce Południowej, gdzie rzeczywistość przerasta nasze oczekiwania. Na każdym kroku przyroda nas zaskakuje.

W parku, w stawie pływają… żółwie. Dookoła nas ornitologiczny raj. Widziałam bananowca i papaję. Pierwszy raz w życiu spotkaliśmy również… węża. Ale o tym za chwilę.

Jednak największym dla nas przeżyciem jest absolutnie zaskakujące zjawisko atmosferyczne jakim jest El Niño i związany z nim nieustanny opad deszczu. Mżawka towarzyszy nam kiedy budzimy się rano i kiedy kładziemy się spać. Z każdym kilometrem na południe, coraz bardziej pada.

Słoneczna Brazylia, palmy i caipirinha pozostają wciąż w sferze naszych, póki co niespełnionych, marzeń 🙂

P1030105

Mój książę z bajkiem!

Tymczasem, zanim wyrosną nam błony między palcami, chyba będziemy musieli po raz kolejny wsiąść w autobus w kierunku słońca. Jak tak dalej pójdzie to zmienię nazwę bloga na Ameryka Południowa autobusem 🙂 Ale może od początku…

São Paulo – Kurytyba

Bardzo nam się spodobało podróżowanie autobusami po Brazylii. Za połączenie São Paulo – Kurytyba płacimy za bilet około 85 reali od osoby (mniej więcej 1BRL=1PLN). Nie ma dodatkowych opłat za rower. Do luku bagażowego wstawiamy rowery tak jak stoją, z sakwami. Jesteśmy dość zaskoczeni tą niecodzienną dla nas sytuacją (żadnych kartonów, składania roweru, dodatkowych opłat) i jednocześnie bardzo zadowoleni. Podróż mija przyjemnie. Cieszymy się tą bezproblemowością!

P1020977

Sao Paulo. Widok z okna

Wcześnie rano wysiadamy na dworcu, gdzie przywitała nas mżawka. Jeszcze ciągle optymistycznie myślimy: Z cukru nie jesteśmy, pewnie zaraz przejdzie. Udajemy się spokojnie do konsulatu. Udało się, jako pierwsi oddaliśmy głosy! W konsulacie przywitał nas Marcin, który już od 4 lat pracuje w Kurytybie jako nauczyciel języka polskiego. Miło było posłuchać anegdot i rad rodaka zza oceanem.

Kurytyba (Denise, João i pies Borys)

Zatrzymujemy się u Brazylijczyka o dość znajomo brzmiącym nazwisku. João Paulo Jankowski (WS), jak wiele osób z tej okolicy, o czym przekonamy się niejednokrotnie podczas dalszej podróży przez stan Santa Catarina, ma oczywiście polskie korzenie.

Pierwszy raz mieszkam na 13 piętrze. Widoki niesamowite. Pewnie byłoby więcej widać gdyby nie te złowrogie chmury dookoła 🙂

P1020978

Denise (towarzyszka naszego gospodarza) i João oprowadzili nas po Kurytybie pokazując najciekawsze zakątki miasta. Spodobał mi się park (w stawie pływały żółwie), ogród botaniczny i opera. João opowiedział nam też coś nie coś o wężach, akurat znał się na rzeczy.

Sporo tu polskich akcentów. Ulice nazwane nazwiskami Polaków. Ciekawym miejscem jest też park Jana Pawła II, czyli Bosque João Paulo II a w nim kolekcja obrazów z podobiznami królów Polskich, pomnik Kopernika oraz charakterystyczne drewniane chałupy.

P1030012

Spędziliśmy sporo czasu nad mapą, wypytując João o dalszą drogę. Nasz gospodarz ma nie lada doświadczenie rowerowe i sportowe zacięcie. Przejechał między innymi trasę Kurytyba – Ushuaia (około 5000km) w… 28 dni. Jeździł też po Europie. Oczywiście nie omieszkaliśmy zaprosić go do Polski na MRDP 🙂

João udzielił nam kilka bardzo ciekawych wskazówek dotyczących dalszej trasy. Wyjeżdżamy z Kurytyby w kierunku prowincji Santa Catarina w stronę wodospadów: Cachoeiras (Corupá).

P1030030

W stronę spadającej wody

Wyjeżdżamy z miasta drogą 116. Ciekawe zaskoczenie, otóż w Brazylii można rowerem jeździć autostradą! Jeśli chce się szybko pokonać kilometry i jeśli jest pobocze, to bardzo dobre rozwiązanie. Na tej trasie akurat pobocze jest szerokości osobnego pasa więc czujemy się bezpiecznie ale…

Porto Alegre już niedaleko

Porto Alegre już niedaleko

…nie zawsze tak będzie. Nie wszystkie autostrady mają pobocze. A czasami niestety pobocze znika w najmniej oczekiwanym momencie, o czym przekonamy się w drodze do Florianópolis.

Jednak jazda wśród spalin nie jest tym co cenimy sobie najbardziej i gdy tylko nadarza się ku temu okazja, skręcamy w boczną uliczkę. To oznacza koniec asfaltu i początek nowych krajobrazów.

Koniec autostrady, koniec asfaltu

Koniec autostrady, koniec asfaltu

P1030057

Ależ tu ładnie!

W tej okolicy dostrzegamy sporo polskich akcentów, na przykład Museu Sto lat w Bateias de Baixo. Niestety, otwarte tylko w weekendy.

I niestety nieczynne muzeum

Po drodze przez przypadek trafiliśmy na Parque Natural das Aves (São Bento do Sul). Nie wiem czyje zdziwienie było większe nasze czy Pana Gospodarza, który przywitał nas… po Polsku.

Pan Gospodarz w w Parque Natural das Aves

Pan Gospodarz w w Parque Natural das Aves

Starszy Pan opowiada nam swoją historię jak to jego babcia przyjechała tu podczas I Wojny Światowej. On nigdy w Polsce nie był a do 7 roku życia mówił tylko po polsku i jak to portugalskiego nauczył się dopiero w szkole. Wzruszony, oprowadził nas po swoim ogrodzie. Jeśli będzie w okolicy polecamy uroczy kemping z domkami nad rzeką. Nas trochę naglił czas, chcieliśmy jeszcze tego samego dnia dotrzeć nad wodospady, więc ruszyliśmy dalej.

 Spotkaliśmy węża (Corupá)

Mój towarzysz podróży faktycznie jest obdarzony niesamowitym zmysłem orientacji w przestrzeni. Bezbłędnie potrafi określać kierunki i jest dla mnie mistrzem w posługiwaniu się mapą, czego zdecydowanie mi brakuje. Ale czasami odnoszę wrażenie, że tak samo bezbłędnie przejeżdża obok ciekawych rzeczy, zupełnie ich nie zauważając.

Turlam się na rowerze za Michałem, akurat znowu było pod górkę. Dookoła dżungla, deszcz i parno aż tu nagle… widzę przed sobą na drodze zwiniętego w kłębek węża. Więc krzyczę: Żararaka, uciekaj! (*) A Michał… zatrzymuje się tuż przy nim pytając Gdzie? Ręce mi opadły. Prawda jest taka, że nie rzucał się jakoś specjalnie w oczy. Nie ruszał się zbytnio więc zauważyć go nie było łatwo ale… no prawie byłby go rozjechał!

P1030169

Czy to gąsienica, żółw czy wąż… mamy tendencję do przenoszenia zwierząt na drugą stronę drogi. Jadowity czy nie, przy pomocy długiego patyka, dość nieudolnie, ściągnęliśmy węża z drogi. Dopiero wtedy Michał uwierzył, że jest żywy.

A pytałam João czy nie ma tu węży. Twierdził, że nigdy nie spotkał 🙂

(*) Przynajmniej tak mi się wydaje, po krótkim kursie João o wężach, że to mógł być żararaka. Pewności nie mam. Niestety, nie byłam wstanie zrobić lepszej fotografii moim aparatem.

Spadająca woda – Cachoeiras (Corupá)

P1030262

Gdzie jest Michał?

W nocy, cali mokrzy, docieramy do Cachoeiras. Po ciemku dość trudno znajduje się miejsce pod namiot. Więc decydujemy się na… kemping (*). Pierwszy raz od wyjazdu z domu, czyli ponad miesiąc temu, korzystamy z infrastruktury turystycznej.

Ciepły prysznic i suche miejsce pod namiot robią swoje. Niespiesznie, bo dopiero w południe, opuszczamy nasze lokum. Podróżowanie poza sezonem ma swoje ogromne zalety. Okazuje się, że jesteśmy jedynymi odwiedzającymi. Przed nami kilkanaście wodospadów i czterogodzinny spacer po dżungli.

Wracając z wodospadów, sprawdzamy cennik drugiego kempingu. Pani oferuje nam miejsce do spania za połowę ceny i oferuje posiłek. Zostajemy. Przechodzi nam przez myśl, że chyba się starzejemy 🙂

(*) Koszt kempingu od osoby 15 reali.
Bilet wstępu do parku z wodospadami to też 15 reali od osoby. Treking po parku 3.5h-4h.
Drugi kemping: 7 reali od osoby. Za „knyszę” i piwko zapłaciliśmy po 8 reali.

Wreszcie nad oceanem – Wszystkich Świętych

P1030318

Ocean tuż, tuż. Piękna, słoneczna…

Z dniem 1. listopada, w dniu święta Wszystkich Świętych docieramy nad ocean. Mówiłam już, że pada? Mimo to, jest pięknie! Uwielbiam szum fal.

W Balneário Camboriú kierujemy nasze rowery w stronę dworcu autobusowego. Chcemy się dowiedzieć jakie mamy możliwości aby móc choć trochę skorzystać z promieni słonecznych. Michał przed powrotem do Polski a ja przed dalszą podróżą.

Przemoczeni, z tymi rowerami wyglądamy chyba dość zagadkowo bo zaraz nas ktoś zagaduje. Tłumaczymy, że my tu sobie na tych rowerach chcemy jechać ale pogoda nam się popsuła i generalnie to teraz… „szukamy słońca”. Czym wzbudzamy nie lada rozbawienie.

P1030303Dowiadujemy się, że ta towarzysząca nam od wyjazdu z Kurytyby mżawka to nie jest jakieś chwilowe załamanie pogody. Tylko, że to wszystko sprawka większych sił. Z niespotykaną od dawna mocą El Niño szaleje w tej części Brazylii, powodując powodzie w okolicach Porto Alegre. Że już od dwóch miesięcy nieprzerwanie pada a pogoda ma się poprawić… pod koniec roku! No to jeszcze tylko dwa miesiące deszczu! Pytamy czy te zjawiska to normalna sprawa. W odpowiedzi słyszymy, że tak, w zeszłym roku też padało ale… przez dwa tygodnie. No ładnie, trafiliśmy z deszczu pod rynnę. I pomyśleć, że w Polsce króluje teraz piękna, złota jesień. Sprawdzamy mapę pogodową: w stronę Foz de Iguazu – pada, w stronę Porto Alegre – pada, w stronę São Paulo – pada.

A mnie do-pada kryzys pogodowy. Deszcz deszczem ale bez promieni słonecznych to ja długo nie pociągnę. Przechodzi mi przez myśl, że czasem lepiej nie wiedzieć niż wiedzieć. Patrzę na Michała i widzę, że też coś zaczyna być markotny. Słońca mu aż tak bardzo nie trzeba ale to, że wszystko mokre i nie ma jak wyschnąć, niezbyt mu się podoba. Zaczynamy knuć plan B. Może nie żadne Andy a Fortaleza?

P1030328

Autobusy kursują zarówno na północ, jak i na południe. Możemy wrócić do São Paulo za około 100 reali. I stamtąd spróbować dalej jechać na północ. (Od São Paulo na północ jest pogoda). Albo możemy skierować się na południe. W Urugwaju podobno nie jest z pogodą najgorzej. Transport do Buenos Aires to koszt 321 reali. Trochę zastanawiamy się nad ceną. No i przede wszystkim co dalej…

Dla Michała najsensowniej jest jechać na północ. Brazylia – Niemcy, to jednak najekonomiczniejsza szansa na powrót do Europy. W listopadzie z São Paulo, w grudniu z Fortalezy. Z Buenos Aires połączenia są prawie dwukrotnie droższe.

Dla mnie trasa na północ oznacza słońce i piękne plaże (dwa bardzo przekonujące argumenty) ale Andy… wtedy to już chyba innym razem.

Po porządnym śniadaniu postanawiamy, że pedałujemy do Florianópolis. Tam wysuszeni i zregenerowani zastanowimy się nad dalszą trasą.

 Florianópolis (Fabi i Nelson)

Od wyjazdu z Kurytyby czuwa nad nami João. Po krótkiej wymianie smsów informuje nas, że we Florianópolis możemy zatrzymać się u jego znajomego. Niemal dostajemy skrzydeł, docieramy absolutnie przemoczeni do domu Fabi i Nelsona po 22.00. Przez ostatnie 80km zatrzymaliśmy się tylko raz, żeby załatać dziurawą oponę Michała.

Okazuje się, że Nelson również podróżuje rowerem. I jest nam wstanie co nieco opowiedzieć. Całkiem niedawno odbył podróż po Ameryce Południowej. Wyruszył z Foz de Iguazu, przez Boliwię, Peru, Ekwador, Kolumbię i Wenezuelę dotarł do Manaus gdzie… spotkał Fabi, swoją przyszłą małżonkę.

Fabi, dziewczyna o amazońskiej krwi, już drugiego dnia, korzystając z chwilowej przerwy między kroplami deszczu, prowadzi nas nas plażę. Humory nam dopisują:

P1030348

Chwilowo spędzamy czas ciesząc się, że nie pada nam na głowy. Umyci, wyprani, wysuszeni i wypoczęci siadamy do planowania dalszej trasy.

Pomimo deszczu w dalszym ciągu w Brazylii nam się bardzo podoba!  Pierwszy raz spotykamy się z sytuacją kiedy napotkani przypadkowo ludzie na wieść, że jesteśmy z Polski potrafią powiedzieć: Dzień dobry! Dookoła sporo osób ma słowiańskie rysy. Ba, na portugalskiej Wikipedii znajduje się wpis o barze mlecznym.

Bariera językowa za każdym dniem jest co raz mniejsza. Po dwóch tygodniach bardzo dużo rozumiemy i potrafimy co nieco odpowiedzieć w portuñol (połączenie języka hiszpańskiego i portugalskiego). Co raz bardziej wydaje nam się, że Polska i Brazylia, jeśli chodzi o sposób życia, to bardzo podobne kraje. Czujemy się tu niemal jak w domu.

São Paulo, Brazylia

Wyladowaliśmy w Sao Paulo we wtorek 20.10 wcześnie rano. Sam lot minął bardzo przyjemnie. Spędziewałam się, że 10h w zamkniętej przestrzeni będzie mi się dłużyło, a tu miłe zaskoczenie. Nadrobiłam zaległości kinowe, obejrzałam trzy filmy i czas sam jakoś minął.

U Wlodka

Cali i zdrowi dotarliśmy na drugą stronę Atlantyku. Rowery również 🙂

Zatrzymaliśmy się u Włodka, wujka naszej dobrej koleżanki. Nasz gospodarz, 70-letni profesor ekonomii, to bardzo ciekawa postać. Przypłynał on z Francji do Rio de Janeiro kiedy miał 10 lat. Wtedy podróż statkiem trwała 8-10 dni. Dzisiaj, ta sama podróż, samolotem trwa zaledwie 10 godzin.

Sao Paulo wywarło na mnie ogromne wrażenie przede wszystkim swoją wielkością (największe miasto Ameryki Południowej, jeden z największych zespołów miejskich na świecie) i różnorodnością. Ogromna aglomeracja, która łączy w sobie przeszłość z teraźniejszością. Obok pamiątek z przeszłości współistnieją drapacze chmur. Bogoctwo przeplata się z ludźmi mieszkającymi na ulicy.

Dla fanów statystyk, kilka danych z przewodnika: 11 milinów ludzi. Estado do Sao Paulo (czyli taki odpowiednik naszego dolnegośląska) liczy sobie mniej więcej tyle ludzi co Polska. Kultura: 260 kin, 150 teatrów i sal koncertowych, 90 muzeów. Jedzenie: 15 000 barów i 12 500 restauracji i 52 typów kuchnii. 240 000 sklepów i 70 centrów handlowych. Nie wiem na ile te dane są prawdziwe ale miasto robi wrażenie.

Ponieważ mamy tylko kilka dni na zwiedzanie tego ogromnego miasta, skupiliśmy się na centrum miasta: Avenida Paulista, Katedra, targ miejski teatr. W dzielnicy azjatyckiej, gdzie zatrzymaliśmy się na wodę kokosową, spotkaliśmy Gabriela. Po krótkiej pogawędce okazało się, że ma korzenie polskie a na nazwisko ma Tomaszewski 🙂

Bardzo spodobał nam się targ miejski. Wydawało się, że można tam kupić absolutnie wszystko. Akurat największą popoluarnością cieszyły się pelerynki. Żebyście nie zazdrościli nam aż tak bardzo, musimy się przyznać, że wczoraj cały dzień padało 🙂 My akurat postawiliśmy na lokalne przysmaki, próbawaliśmy spróbować czego się da. Z informacji praktycznych: ceny bardzo podobne do tych w Polsce. Przelicznik jest właściwie 1:1.

P1020928A wieczorem, zupełnie przez przypadek, trafiliśmy na spektakl cyrkowy organizowany przez Cooperativa Brasileira de Circo. Jeszcze nigdy w życiu nie widziałam na żywo tak doskonałego spektaklu ze sztuczkami magicznymi. Urzekł mnie również akrobata. A żongler, to już profesjonalizm na skale Cirque du Soleil. Widać grupa cyrkowa ma się tu dość prężnie. No i najważniejsze… Michał jest trzeci dzień w Brazylii a już ma za sobę występ sceniczny 🙂

Dzisiaj (piątek, 23.10) opuszczamy Sao Paulo. Wsiadamy w autobus do Kurytyby. To jedyne 500km stąd a czas i obywatelski obowiązek nas nagli. Ze wzglądu na wybory, chcemy skorzystać z możliwości oddania głosu w konsulacie. Dalej planujemy jechać już na rowerach wybrzeżem na południe.

Terrassa (Barcelona), Hiszpania

Pieczone kasztany

Pieczone kasztany

Pierwsze dwa dni spędziliśmy na odpoczywaniu. Jednak trzy tygodnie w podróży, bez oni jednego dnia przerwy, zrobiły swoje. W Terrassie spędziliśmy tydzień, który minął…. o wiele za szybko 🙂

P1020863

Jest karton na rower!

Tak więc do Terrassy dotarliśmy we wtorek, 13 października, po popołudniu. Spotkaliśmy się z moją starą wspólokatorką Maribel i jej synkiem Pau, na głównym deptaku, na Rambli.Pau miał ogromną niespodziankę, Maribel nic mu wcześniej nie mówiła, że przyjeżdżamy. Ogromnie się ucieszył. Ma już 11 lat i do tej pory książeczkę z polskimi słówkami 🙂 Ale ten czas szybko leci!

Następne kilka dni upłynęły na przygotowaniach do wyjazdu i spotkaniach ze starymi znajomymi 🙂 Bardzo są miłe takie spotkania po latach 🙂

Z Paula

Michał, Kasia, Paula, Jose

Wybraliśmy się również na wycieczkę na Montserrat.

P1020865

Michał, Pau, Maribel, Kasia. Montserrat

W ostatni dzień pojechaliśmy na plażę, do Castelldefels gdzie akurat odbywały się rozgrywki Frisbee. Maribel gra od kilku lat w drużynie.

Pod koniec dnia odwiedziliśmy Barcelonę. Piękna i jak zwykle zatłoczona 🙂 Mimo to, miło było odwiedzić stare kąty 🙂

P1020893

Rambla, Barcelona

Wypoczęci, wykąpani i wyprani w poniedziałek 19.10 o 21.25 wsiedliśmy do samolotu do Sao Paulo, Brazylia już tuż, tuż.

Ach, oczywiście nie odbyło się bez niespodzianek. Tak jak przewidywaliśmy, na lotnisku zostaliśmy zobowiązani do dokonania dopłaty w wyskości 90 euro za każdy rower. Pomimo tego, że mieściliśmy z limicie kilogramów, nie mieściliśmy się w limicie wymiaru bagażu. Pamiętajcie o tym jakbyście chcieli podróżować z rowerem liniami TAM Airlines.

Costa Brava – Hiszpania

P102082810 października dojechaliśmy Portbou – niegdyś wioska rybacka dzisiaj niewielka nadmorska miejscowość. Choć miasto dzisiaj nie jest duże, Portbou odegrało bardzo ważną rolę podczas hiszpańskiej wojny domowej w latach 1936–1939, pomiędzy republikańskim rządem a prawicową opozycją. Wojny, która zakończyła się dyktaturą generała Franco, trwającą do 1975 roku. Tysiące republikanów przeszło tędy szukając schronienia we Francji.

Portbou, to również miasto na pograniczu, gdzie na ulicach słychać trzy języki: kataloński, francuski i hiszpański. Znowu można było swobodnie porozmawiać. Znajomość języka w kraju, który się odwiedza, jest nieoceniona. W Szwajcarii nie czułam się tak swobodnie jak tutaj.

P1020829

Cieszymy się też małymi osiągnięciami 🙂

Tak oto, po siedmiu latach znowu znalazłam się katalońskiej części Hiszpanii. Znowu poczułam się jak w domu. Aby to uczcić, nie omieszkaliśmy skorzystać z okazji i zatrzymaliśmy się na obiad w restauracji. Na przystawkę patatas bravas w akompaniamecie hiszpańskiego piwka. Nie ma jak to Estrella! Wszystko smakowało wyśmienicie! 🙂

Niespiesznie ruszyliśmi dalej. Do samolotu zostało nam 10 dni, do Barcelony niecałe 200km.

Ciekawym miejscem, na które natrafiliśmy po drodze była miejscowość Castelló d’Empúries, z uroczą starówką i katedrą. Stamtąd pojechaliśmy nad morze do Empuriabrava. Jakbym nie zobaczyła, to bym nie uwierzyła. Takie małe hiszpańskie Miami. Na Florydzie nie byłam ale wyborażam sobie, że chyba tak to musi wyglądać. Mnóstwo ludzi, samochodów, wszędzie sklepy, kolorowe światła, istne miasto rozrywki. I sieć kanałów, dzięki której właściciele motorówek mogli parkować swoje wehikuły pod domem. Dość szybko zrozumieliśmy, że to nie jest miejsce dla nas.

P1020845Udaliśmy się w stronę Parku Aiguamolls de l’Empordà – przepiękny rezerwat ptaków. Jestem z Polski a największe skupisko bocianów jak do tej pory widziałam w… Hiszpanii. Co za wstyd! 🙂

Dalej odwiedziliśmy San Martín de Ampurias, miejscowość połążoną w zatoce Roses. W VI p.n.e. Grecy z Fokaidy założyli tu osadę handlową, która potem stała się ważnym miejscem militarnym dla Rzymian.

Najpiękniejsza miejscowość na trasie to według mnie Tossa de Mar. Bardzo malowniczo położona nad brzegiem morza, pomiędzy klifami miescowość z zachowaną średniowieczną starówką Vila Vella. Znajduje się tu również fortyfikacja z XII wieku wznosząca się na skałach nad morze. W miejscu zamku dziś stoi latarnia morska z XIX wieku.

P1020858Przejechaliśmy też szybciutko przez Lloret del Mar (bardzo chciałam odwiedzić ten popularny wśród Polaków kutort i zobaczyć na własne oczy co ciągnie tu moich rodaków). A kawełek dalej, w Blanes wsiedliśmy już w pociąg do Terrassy (Barcelona). Terrassa to miejsce, w którym spędziałam dwa lata podczas studiów. Bardzo chiałam już spotkać się z moim starymi przyjaciółami!

Lazurowe Wybrzeże – Francja

I tak oto wjechaliśmy do kraju bagietki, sera i wina. Wreszcie Francja! W Grenoble znowu złapał nas deszcz. Temperatura nie pozwalała na to aby nasze rzeczy wyschły. Więc podjeliśmy decyzję: w Valence wsiadamy w pociąg nad morze. Przez Avignon do Montpellier.

Francuskie pociągi, oprócz tego, że są sporo droższe od PKP, mają kilka interesujących ofert dla podrożujących.

Po pierwsze, oprócz szybkich TGV, istnieją też regionalne pociągi TER. Jak się dowiedzieliśmy, za darmo przewozi się rower regionalnymi pociągami TER oraz tymi Intercity, które mają oznaczenie roweru w rozkładzie, czyli miejsce na rower. Wszędzie indziej rower należy spakować.

Po drugie, bilet jest ważny przez tydzień. Można wysiąść z pociągu na dowolnej stacji i w ciągu tygodnia wsiąść w dowolnym miejscu na trasie.

Tym samym wyskoczyliśmy z pociągu, żeby pozwiedzać Avignon, miasto położone nad brzegiem Rodanu, znane z tego, że rezydowali tu w XIV wieku antypapieże. I po kilku godzinach, wskoczyliśmy z powrotem do pociagu. Tak też dotarliśmy do Montpelier. W Avignon zahaczyliśmy jeszcze o kawairnię przy dworcu. Okazało się, że właściciel baru ma syna, który prowadzi kebab w… Gorzowie Wielkopolskim 🙂 Po powrocie do Polski, koniecznie będziemy musieli tam zawitać.

P1020806 Przejazd wzdłuż wybrzeża Morza Śródziemnego okazał się strzałem w dziesiątkę. Słońce, palmy i opuszczone, poza sezonem, francuskie kurorty bardzo nam się spodobały. Kilka kilometrów rowerem i postój na kąpiel w morzu, to jest to co Michał lubi najbardziej (zaraz po górach). Niestety mamy trochę odmienne P1020810wytczne dt. kąpieli w morzu (zarówno jeśli chodzi o temperaturę wody jak i powietrza). Szczęśliwa, że mogę popatrzyć na morze i posłuchać szumu fal, zostawałam z rowerami na brzegu 🙂 Moje zatoki też polubiły morze. W ciągu dwóch dni pozbyłam się towarzyszącego mi od początku wyjazdu kataru.

Tak upłynęły nam kilometry z Montpellier do Perpignan. Trasa biegła zarówno nad morzem jak i przez obszar bagienny Parc naturel régional de la Narbonnaise en Méditerranée. Ilość ptaków, które spotkaliśmy, była oszałamiająca. Oszałamiająca była również ilość komarów, czasem lepiej było nie zsiadać z roweru. Wieczorne rozkładanie biwaku bardzo szybko opanowaliśmy do perfekcji, za którymś razem w ciągu 10 minut byliśmy już w namiocie. Pomimio to, krajobrazowo było naprawdę uroczo. Drogi asfaltowe bądź leśne, jak okiem siegnąć wszędzie rozlewiska i zielono. Po prostu pięknie!

Tak oto, dość żwawo, dojechaliśmy do francuskiej części Katalonii. Wszystkim szosonom polecam ten kawałek Pirenejami nad morzem. Wijące się po pagórkowatym terenie serpentynki, klify i widok na morze. Coś niesamowitego! A w październiku drogi są niemal puste, więc bezpiecznie można się tam rozpędzić.